
Maciek Krawczun (23).
Student Sopockiej ESHTiP.
Gdańszczanin. Fotoamator. Podróżnik.
Preferuje tanie podróżowanie.
Na co dzień pracownik biura podróży.
Wyprawa do Ameryki Południowej potrwa 72 dni, zaczyna się 4 listopada 2008 r.
Planowa trasa:
Gdańsk – Argentyna – Chile – Boliwia – Peru – Brazylia – Gdańsk.
Wyjazd ma charakter „low cost”, a głównym środkiem transportu będzie autostop.
Zapraszam do śledzenia relacji on-line, która będzie zamieszczana na bieżąco, (oczywiście w miarę możliwości).
Jeżeli macie pytanie związane z podróżą, bądź sugestie na temat prowadzenia relacji bardzo proszę pisać na adres: mkrawczun@gmail.com
Pozdrawiam i do zobaczenia w podróży
Maciek
Wszystko zaczyna się komplikować, z powodu mgły wszystkie loty z Gdańskiego lotniska zostały odwołane! Nieźle się zaczyna...
Bartek, który pracuje na lotnisku bardzo mi pomógł, Bartek- wielkie dzięki!!! :)
Co teraz? Jest lot z Warszawy, ale kosztuje prawie tyle co samolot z Londynu do Buenos i spowrotem, no i trzeba się dostać do Warszawy... No nic próbuję! Szybka akcja, Tata, lotnisko, samochód, i za chwilę gnam samochodem do Warszawy. Trzeźwe spojrzenie mojego Taty, i wszystko jasne, nie zdążymy!
No to pięknie zaczyna się moja "podróż życia".
Jedziemy do domy, w między czasie kontaktuje się z Michałem, który jedzie pociągiem z Edenburgha do Londynu, i cały czas dzwoni, próbując coś załatwić z moim biletem.
Michał - Jesteś Wielki!!!!!
W domu kupuje bilet do Londyny z Warszawy za 500 zł., lecę LOT-em, nie jest źle. Od razu bukuje najtańszy hostel w Londynie jaki udało mi się znaleźć przez internet. Kosztuje ok. 60 zł. za 2 noce, zobaczymy jaki będzie standard. O 04:30 mam pociąg z Gdańska do Warszawy, czas się kłaść.
Pozdrawiam i do zobaczenia w podróży
Maciek
05, 06, 07.11.2008
Następny możliwy samolot musiałem trochę poczekać, wiec udałem się na zwiedzanie Londynu. Ponieważ w głowie siedziała mi juz tylko Ameryka Południowa, wiec Londyn nie zrobił na mnie wrażenia, zresztą byłem tam juz kilka razy...
Pocieszające jest to, że zwiedzanie Wielkiej Brytanii robi się dostępne prawie dla każdego, ja za 2 noce w hostelu w centrum Londynu zapłaciłem ok. 60 zł.
08.11.2008
Wylądowałem w Sao Paulo, w samolocie poznałem bardzo sympatyczną dziewczynę, Eugenia też leci do Buenos Aires, do domu. Rozmawialiśmy po angielsku, i chociaż czasem nie było łatwo, to w myśl zasady: "wyginam śmiało ciało" rozmowa się jakoś toczyła. Czekaliśmy na samolot do Buenos Aires, który miał opóźnienie, jak się później okazało "maniana" tutaj króluje:)
Po wylądowaniu w Buenos Aires szybko udałem się do informacji turystycznej - całe szczęście mówili po angielsku – gdzie dowiedziałem się jak i czym dostać się do centrum. Wybrałem najtańszy i najwolniejszy środek lokomocji – autobus, który dawno już osiągnął pełnoletniość. Jechałem nim 2 godz.,
ale miałem czas żeby przyjrzeć się miastu. Co można o nim powiedzieć kilka godzin po wylądowaniu?: że Buenos jest wielkie i zaśmiecone, że jeżdżą po nim naprawdę stare samochody, które z pewnością wprawiłyby w zachwyt kolekcjonerów z Europy.
Do hostelu dotarłem wyjątkowo sprawnie, to znaczy nie zgubiłem się ani razu, Zachwyciła mnie gościnność i otwartość Argentyńczyków.
Gdy wszedłem do środka, przy recepcji siedziała grupka chłopaków, którzy usłyszawszy, że jestem z Polski, zaraz pobiegli szukać Michała alias Miguela, mojego serdecznego przyjaciela, który czekał tu na mnie już od paru dni.
Wieczór spędziliśmy na "pogaduchach", oraz nocnym zwiedzaniu miasta:)
09, 10.11.2008
Dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu miasta, jest naprawdę wielkie, odległości są ogromne, cale szczęście, że dobrze działa komunikacja miejska i jest stosunkowo tania. Stolica jest bardzo droga, ale nie mogliśmy będąc w Buenos ominąć tanga oraz nie zjeść steka wołowego, specjalność Argentyny.
Już nie możemy się doczekać, kiedy wyruszymy dalej. Buenos już powili nas męczy, ostatniej nocy zostaliśmy zaproszeni na imprezkę, miłe zakończenie pobytu w Buenos Aires:)
PS. imprezy w Argentynie zaczynają się ok. 02:00 w nocy wiec polecam wcześniejszą drzemkę :)
| |
|
|
| |
|
|
11, 12.11.2008
Wczorajsza imprezka sprawiła, że rano trochę zaspaliśmy.... Musieliśmy wydostać się z Buenos Aires, wiec kupiliśmy bilety do Pilar, tam zaczniemy nasza przygodę z autostopem w Argentynie.
Początki nie były zbyt obiecujące, najpierw staliśmy w niewłaściwym miejscu i nikt nie chciał nas zabrać. W końcu miejscowi podpowiedzieli nam, że powinniśmy stanąć na autostradzie, tak też zrobiliśmy, chociaż wydawało się nam to nielogiczne.
Po 5 minutach zatrzymała się pierwsza ciężarówka, łamanym hiszpańskim poprosiliśmy o podwiezienie. Nie mieliśmy zielonego pojęcia dokąd jedziemy, ale ważne że do przodu. Wkrótce okazało się, że był to bardzo krotki stop, kierowca wysadził nas przed bramkami do płacenia za autostradę.
Czekaliśmy chwilę na kolejną okazję, ale niestety strażnicy bardzo spokojnie i kulturalnie wyjaśnili nam, że nie możemy tu stać i żebyśmy poszli na autobus. Przenieśliśmy się więc w inne miejsce. Długo, długo nic się nie działo, więcej szliśmy wzdłuż drogi niż jechaliśmy. Kiedy byliśmy już bardzo zmęczeni (35 stopni upału i ani kawałka cienia) i straciliśmy nadzieję, zatrzymała się kolejna ciężarówka. Byliśmy uratowani – tak nam się przynajmniej wydawało…
Herman - nasz kierowca, którego pradziadek był Polakiem, pokazał nam za chwilę, co znaczy ułańska fantazja na drodze. Żywo z nami dyskutując (jego dewiza "No krejzy, diferento...") i pisząc równocześnie smsy, Herman wyprzedzał na trzeciego, nieprzerwanie żując liście koki… Podróż mijała nam przez to niezwykle ekscytująco, szybko i sprawnie, do momentu, aż około 45 km przed Cordobą, 18-letni Mercedes Hermana odmówił posłuszeństwa…Już myśleliśmy, że zmuszeni będziemy łapać kolejną okazję, kiedy Hermanowi udało się naprawić auto i dowieść do Cordoby. Z wdzięczności pomogliśmy mu rozładować towar, a on załatwił nam transport do samego centrum.
W Cordobie zakwaterowaliśmy się w najbliższym i najtańszym hotelu. Mimo zmęczenia zdecydowaliśmy się na nocne zwiedzanie miasta. Obecność dwóch uniwersytetów sprawa, ze na ulicach pełno było młodych ludzi, oraz dużo klubów i dyskotek.
| |
|
|
Rano kupiliśmy bilety do Sierra Plaza, małej miejscowości turystycznej niedaleko Cordoby.
Po krótkim zwiedzaniu miasta poszliśmy łapać stopa, co nie okazało się wcale takie proste. Pod koniec dnia zatrzymał się w końcu jeden samochód, a kierowca był tak miły, że podwiózł nas dalej niż sam jechał. Niestety nie udało się nam już nic złapać tego dnia i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg.
Rano okazało się, że rozbiliśmy się w miejscu, na którym miejscowi urządzają grilla, ale na szczęście nikt nas w nocy nie zaczepiał. Po małym śniadaniu poszliśmy znowu na drogę, ale i tym razem mieliśmy pecha. Był mały ruch i nikt nie chciał się zatrzymać. Kiedy zaczęło brakować sił, a nasze morale spadło do zera i zdecydowaliśmy się na powrót do Carloz Paz, aby kupić tam bilet na nocny autobus do Mendozy. Jak na złość akurat tego dnia kierowcy autobusów strajkowali i mieliśmy dużo autostopowej konkurencji. W końcu udało nam się zabrać za 10 peso. W Carlom Paz kupiliśmy bilety do Mendozy.
15.11.2008
W Mendozie byliśmy rano, nie wiemy jednak dokładnie o której, ponieważ gdzieś po drodze była kolejna zmiana czasu.
Na dworcu starszy pan zaproponował nam hotel o atrakcyjnej cenie, więc szybko się zdecydowaliśmy.
Mendoza zapowiadała się obiecująco, kilka dni zwiedzania, tylko trochę zimno - jakieś 12 stopni....
Wieczorem Chilijczycy urządzili grilla na dachu naszego hotelu i nas także zaprosili. Towarzystwo bardzo międzynarodowe: Chile, Brazylia, Włochy, Izrael, Argentyna i oczywiście Polska:)
16.11.2008
Dzisiejszy dzień wypełniony był po brzegi atrakcjami. Wcześnie rano udaliśmy się na wycieczkę "szlakiem wina", czyli zwiedzanie winiarni połączone z degustacją.
Natomiast po południu mieliśmy wykupione loty na paralotni!!!!!!
Niestety wiatr w górach jest dosyć mocny, wiec co chwilę dowiadywaliśmy się, że nasz start został przesunięty o kolejną godzinę. Napięcie rosło.... Wiatr jednak się uspokoił i parę chwil później stałem na urwisku przypięty do instruktora.
Było...... trudno to opisać słowami........
Do końca dnia bujamy w obłokach:)))
17.11.2008
W końcu się wybraliśmy się na zwiedzanie miejscowego zoo. Gdy dotarliśmy na miejsce, po paru godzinach marszu w pełnym słońcu, w okienku biletowym usłyszeliśmy......."maniana".
Wieczór upłynął na "pogaduchach" z naszymi sąsiadami Włochami z hotelu oraz gotowaniu prawdziwej niepowtarzalnej włoskiej pasty....
18.11.2008
Dzień był nieco leniwy, po wczorajszym zwiedzaniu miasta nocą, strasznie ciężko było wstać rano, ale musiałem - w Polsce nie zdążyłem zrobić szczepionki przeciw żółtej febrze, wiec musiałem to zrobić na miejscu. Niestety znów usłyszałem moje ulubione słowo „MANIANA”…
Kupiliśmy bilety do Santiago De Chile, Ruszamy o 22:30, w Santiago powinniśmy być ok. 08-09 rano.
19.11.2008
W Santiago wylądowaliśmy o 5 rano ... :)
Próby znalezienia czynnej kawiarenki internetowej były jak poszukiwanie zaginionej arki, to miasto jest martwe o tej godzinie. W końcu wybraliśmy najtańszy hostel z przewodnika. Autorzy zalecali wzięcie taxówki, oczywiście zignorowaliśmy to...
Po naprawdę długiej drodze, na miejscu okazało się, ze hostel został zamknięty... Byliśmy zdesperowani, zmarznięci i potwornie zmęczeni, złapaliśmy więc taxi i pojechaliśmy do kolejnego z naszej listy hostelu, niedaleko którego znaleźliśmy tanią i bardzo smaczną kubańską restauracyjkę.
Wieczorem, razem z nowo poznanym Niemcem ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta...:)
| |
| |
|
|
![]() |
||
![]() |
|
||
![]() |
||
|
01.12.2008
Wcześnie rano z hotelu pojechaliśmy busem na wysokość 4700 m n.p.m. i rozpoczęliśmy nasza przygodę z "rowerkiem". Na samym szczycie był śnieg i mgła. Cały zjazd był podzielony na dwa odcinki: 1,5 godzinny etap po asfalcie - nic szczególnego poza szybkością 65-70 km/h., oraz drugi etap „Drogą Śmierci” zawdzięczającą swoją nazwę niebezpiecznym zakrętom nad przepaściami oraz złej sławie, ponieważ zginęło tu wiele osób. Krajobraz zmienił się diametralnie, z ośnieżonych szczytów wjechaliśmy w sam środek boliwijskiej dżungli.
Ten zjazd będę pamiętał bardzo długo!!!!!!
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|
02.12.2008
Rano pożegnaliśmy Boliwię i pojechaliśmy do Puno (Peru). Po wczorajszej przygodzie z rowerkiem byłem naprawdę wykończony!!!! Wybraliśmy autobus jako środek lokomocji, ponieważ w międzyczasie poznaliśmy dziewczynę z Austrii, która się do nas przyłączyła, a podróżowanie w 3 osoby stopem mogło być bardzo trudne. Po drodze zatrzymaliśmy się w Copacabana, małym miasteczku, pełniącym w Boliwii rolę podobną jak Sopot :). Peru przywitało nas deszczem. Jeszcze tego samego dnia zrobiliśmy rezerwacje na 2 dniowa wycieczkę nad jezioro Titicaca, oraz kupiliśmy bilety autobusowe do Cuzco.
03.12.2008
Tego dnia wybraliśmy się w rejs po jeziorze w poszukiwaniu słynnych pływających wysp. Przewodnik zapewniał nas, że na tych wyspach naprawdę mieszkają ludzie, co było ewidentną fikcją stworzoną dla turystów. Po krótkim wykładzie na temat budowy wyspy dopłynęliśmy do tej, na której spędzić mieliśmy noc. Zostaliśmy zakwaterowani u bardzo sympatycznej starszej pani w jej skromnym domku. Wieczorem gospodyni przebrała nas w tradycyjne stroje i zabierała na potańcówkę zorganizowaną „specjalnie dla nas” czyli oczywiście dla każdego turysty, który odwiedza to miejsce.
| |
04.12.2008
Ostatni dzień wycieczki przeznaczyliśmy na zwiedzanie kolejnej naturalnej wyspy oraz kilkugodzinny rejs powrotny do Peru. Autobus tym razem wyglądał wyjątkowo dobrze i jak się okazało był wygodny. Niestety miałem pecha, usiadłem bowiem obok Peruwianki o typowo peruwiańskich gabarytach…
05.12.2008
Michał został okradziony!!!
W nocy była kontrola i na chwilę autobus zatrzymano. Rano po przyjeździe do Cusco, Michał stwierdził, że jego plecak jest jakoś podejrzanie lekki. Okazało się, że złodziej wyjął z plecaka torbę z aparatem i zabrał cały sprzęt. Od razu zgłosiliśmy kradzież na policji, choć zapewne niewiele to da. Reszta dnia nie nalała raczej do udanych...
06.12.2008
Rano musimy się wykwaterować i zmienić hotel. Wiec przy okazji trochę zwiedziliśmy miasto. Po Boliwii i innych miejscach w Peru, Cuzco wydaje się najczystszym miejscem na Ziemi. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ta kradzież…
Wieczorem spotykamy Mateusza, który razem z ojcem podróżuje dookoła świata. Wieczór spędziliśmy wspólnie.
| |
11.12.2008
Wstaliśmy bardzo wcześnie - było jeszcze ciemno. Wczorajsze ciepłe źródła okazały się mocno przereklamowane - dwa baseny z letnią wodą, ale przynajmniej mięśnie odpoczęły…
Poszliśmy w kierunku ruin po drodze mijając zorganizowane grupy, które czekały na busa, my zamierzaliśmy tam wejść na piechotę. Droga wiodła bardzo stromo pod górę i trwa ok. 1,5 - 2 godz. Gdy doszliśmy na szczyt byłem wykończony. Całe szczęście widok zrekompensował cały trud!!! Nie wiedzieliśmy za bardzo od której strony zacząć zwiedzanie, zdecydowaliśmy się w końcu na przewodnika. To właśnie od Pani Przewodnik dowiedzieliśmy się, że z powrotem do Cuzco można wrócić inną drogą – 2,5 godz. marszem do Hydro Elektryka, a stamtąd autobusem do Cusco.
Po bardzo uciążliwej drodze torami, oblepieni małymi gryzącymi muszkami dotarliśmy na miejsce, gdzie okazało się wnet, że o tej porze nie ma już żadnych autobusów do Cusco, ani w ogóle nigdzie. Mieliśmy do wyboru albo zostać na miejscu i poczekać do rana na autobus. Wybraliśmy 10 km marsz w kompletnych ciemnościach. "Miasto", do którego w końcu domaszerowaliśmy okazało się bardzo małą wioską, z której nie można się było wydostać. Poddaliśmy się więc i zostaliśmy tu na noc.
| |
|
|
12.12.2008
Rano złapaliśmy autobus, ale jak się okazało nie bezpośredni do Cusco, tylko do innej, nieco większej miejscowości, gdzie podobno „na pewno” uda się nam coś złapać. Miało coś przyjechać w przeciągu 15 minut, ale to zdanie słyszeliśmy od 3 godzin… W końcu przyjechał autobus, ale niemiłosiernie zatłoczony, pojechaliśmy więc na stojąco 6 godzin. Wieczorem dotarliśmy do upragnionego celu – Cuzso.
13.12.2008
Ten dzień był naszym ostatnim w Cusco. Kupiliśmy bilety do Limy, trochę jeszcze zwiedzaliśmy i przygotowywaliśmy się do pożegnalnej imprezy. Niestety morky bruk przyczynił się do tego, iż tej nocy skręciłem sobie kostkę….
14.12.2008
Dzień zacząłem od wizyty na pogotowiu. Ze skręconą kostką nie było mowy o łapaniu stopa, więc zdecydowaliśmy się na lepszej klasy autobus, przed którego drzwiami nagrano nas na video i pobrano odciski palców…
15.12.2008
Dotarliśmy do Limy. Zakwaterowaliśmy się w mało polecanej turystom starej części miasta. Hotel przypominał nieco muzeum, ale bardzo mi się podobał. Nie mieliśmy już siły na zwiedzanie miasta, a że było już dość późno i odległości były ogromne, poszliśmy grzecznie spać.
16.12.2008
Sam nie wiedziałem co mam myśleć o Limie. Raz to miasto bardzo mi się podobało, a za chwilę chciałem jak najszybciej się stąd wydostać. Co do środków transportu, to mieliśmy do wyboru albo łódkę i spędzanie świąt „the middle of nowhere”, albo samolot. Zarezerwowaliśmy samolot na 17 grudnia do Iquitos. Wieczorem spotkaliśmy naszego wcześniej zapoznanego kolegę z Kolumbii – Carlosa.
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|
|
|
|
17.12.2008
Za namową Carlosa zmieniliśmy rezerwację biletów z 17 na 19 grudnia oraz przenieśliśmy się do innego, znajdującego się w „lepszej” dzielnicy Miraflores, a co za tym idzie droższego hotelu. Nie był to jednak zbyt dobry pomysł ze zmianą rezerwacji biletów lotniczych – tutaj wciąż ktoś strajkował, co uniemożliwiało załatwienie czegokolwiek…
18.12.2008
Ostatni dzień pobytu w Limie poświęciliśmy zwiedzaniu i plażowaniu, niestety moja skręcona kostka dokuczała mi cały czas i pokonywanie większych odległości było dla mnie bardzo uciążliwe.
19.12.2008
Iquitos przywitało nas upalną, duszną pogodą. W samolocie poznaliśmy Amerykanina, razem z którym zabraliśmy się taksówką i zakwaterowaliśmy w tym samym hotelu. Nasz pokój okazał się być „domkiem na drzewie” – żeby dostać się do niego należało pokonać niezliczoną ilość schodów. Dobrze, że moja kostka miała się już lepiej.
20.12.2008
Zdecydowaliśmy się dziś na wykupienie 3 dniowej wycieczki po dżungli, a po drugie, po wielu dyskusjach postanowiliśmy zostać w tym uroczym, bardzo wesołym i tanim miejscu i spędzić tu święta.
21.12.2008
Zaczęła się nasza przygoda. Najpierw pojechaliśmy samochodem do wioski w dżungli, gdzie wsiedliśmy do motorówki. Potem przesiedliśmy się do canoo. Nasz camping znajdował się w samym sercu dżungli i był naprawdę fajnie urządzony: było miejsce do poleżenia ha hamaku oraz do kąpieli w rzece. Nasz przewodnik „Comando” zaproponował nam do skosztowania Ayohuasci. Jest to wyciąg z ziół oraz innych dziwnych roślin rosnących w dżungli. Zapewniano nas, że nie jest to narkotyk , ponieważ nie można się od tego uzależnić, ale powoduje bardzo silne halucynacje… Ceremonię miał przeprowadzić prawdziwy szaman.
22.12.2008
Od samego rana opowiadaliśmy sobie o swoich doznaniach związanych z Ayohuasci. Nasz przewodnik zabrał nas na ryby – co złowimy, to będzie na obiad. Dostaliśmy kij z żyłką i haczykiem na końcu. Nie powiem, połów był całkiem udany pomimo wcześniejszych wątpliwości, z głodu nie pomarliśmy. Po poobiedniej drzemce na hamaku czekało nas nocna wycieczka po dżungli. Muszę przyznać, że dżungla nocą wygląda niesamowicie, a nawet strasznie.
23.12.2008
Ostatni dzień spędziliśmy na chodzeniu po dżungli i oglądaniu zwierząt. Przez cały czas musieliśmy torować sobie drogę maczetami, na dodatek pod nogami mieliśmy wciąż bagno. Kiedy nasza przygoda z dobiegła końca, zaczęło padać przez 3 godziny – prawdziwe oberwanie chmury. Udało się nam jakoś wrócić do hotelu, następnego dnia wypadała wigilia i chcieliśmy się do tego jakoś przygotować. Zmęczeni poszliśmy spać bardzo wcześnie.
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|
![]() |
![]() |
![]() |
24.12.2008
Wybraliśmy się na zakupy do miejscowego marketu Belem. W planach mieliśmy przygotowanie pierogów ze szpinakiem, barszczu i sałatki jarzynowej. Cały też dzień spędziliśmy w kuchni, a do wigilijnego stołu zasiedliśmy razem z rodziną pewnej dziewczyny, którą wcześniej tu poznaliśmy. Tradycyjna peruwiańska kolacja zaczęła się bardzo późno, o 24.00 i składała się tylko z jednego dania – pieczonego indyka. Na ulicach strzelały fajerwerki, a po posiłku wszyscy razem poszliśmy na imprezę z muzyką na żywo, gdzie zgromadzonych było ok. 3 – 4 tys. osób. To się nazywa zabawa.
25.12.2008
Po zwiedzaniu Iquitos kupiliśmy bilety na statek do Santa Rosa. Z powodu świąt większość sklepów i instytucji była pozamykana. Miasto odżyło dopiero wieczorem…
26.12.2008
Nasz statek okazał się dużą barką, która na miejsce dopłynęła w 8,5 godz., a więc bardzo szybko. Znaleźliśmy się na granicy trzech państw: Peru, Kolumbii i Brazylii. Nie było przejścia granicznego jako takiego, po przybyciu do Tabatingi w Brazylii musieliśmy po prostu zgłosić się na posterunek policji. Po zakwaterowaniu kupiliśmy bilety na prom do Manaus.
27.12.2008
Pierwszy dzień na naszym „promie” to był prawdziwy szok – nasze koje wisiały pomiędzy setką innych kolorowych łóżek na sznurkach. Ciasno było nie do wytrzymania i na dodatek do końca dnia padało.
28.12.2008
Przegapiliśmy śnadanie, które tutaj podawane było o 6.00 rano. Zaczęliśmy więc od obiadu o 11.00. Rzobiło się trochę luźniej, niestety ciągle padało.
29.12.2008
Na chwilę wyszło słońce i czas ten był naszą dzisiejszą jedyną formą aktywności – resztę dnia przespaliśmy. W zasadzie to mógłbym tak żyć…
30.12.2008
W końcu dopłynęliśmy do Manaus, znowu zaczęło padać i może dlatego w miejscowość wydała się nam szara i ponura. W ostatniej chwili zmieniliśmy plany – pierwotnie chcieliśmy spędzić sylwestra w Salwadorze, ale koniec końców kupiliśmy bilety do Rio.
31.12.2008
Byliśmy w Rio de Janeiro! Niestety od razu natrafiliśmy na problemy, nigdzie nie było wolnych miejsc. W końcu znaleźliśmy hotel, niestety tylko na 10 godzin, więc musieliśmy szukać dalej. Szczęście się jednak do nas uśmiechnęło, trafiliśmy przypadkiem na prywatny apartament za całkiem rozsądną cenę. Mieliśmy też do wyboru mocno podejrzany lokal z pokojami wynajmowanymi na godziny…. Wybraliśmy apartament :-)
Dziś czekał nas sylwester na Copacabana !!!
| |
|
|
01.01.2009
Wczorajszy sylwester na Copacabanie zakończył się ok. 4:30 rano. Tysiące osób poprzedniej nocy bawiło się na plażach Rio. Wszyscy tańczyli Sambę na piasku a o 24:00 podziwiali wspaniały pokaz fajerwerków, który naprawdę trwał bardzo długooooo. Miasto wydawało się opustoszałe, wszystko było pozamykane, a ludzi na ulicach prawie w ogóle nie było. Pojawili się dopiero wieczorem - dzisiaj kontynuacja wczorajszej fiesty...
02.01.2009
Kolejny dzień w Rio i kolejny raz muszę stwierdzić, że to bardzo drogie miasto. W ciągu dnia raczej odpoczywaliśmy, trochę zwiedzaliśmy, widać po 2 miesiącach podróży nadszedł czas na odpoczynek. Dzisiaj poszliśmy zobaczyć Rio nocą, ale tym razem z dala od turystycznej, snobistycznej i bardzo drogiej Copacabany – pojechaliśmy do Lapy.
03.01.2009
Wczorajsze wyjście przerosło moje oczekiwania, właśnie takiej Brazylii się spodziewałem. Lapa do dzielnica Rio niedaleko centrum, to właśnie tam pokonanie 50 m. zajmuje 30 min., ale nie dlatego, że droga jest nierówna lub coś w tym stylu, ale dlatego, że na ulicy jest mnóstwo ludzi, z każdego miejsca dobiega wspaniała latynoska muzyka, a przechodzący ludzie słysząc te rytmy zatrzymują się i po prostu tańczą. Impreza na ulicy!!!!! Dzisiaj opuściliśmy Rio i tak naprawdę bez żadnego sprecyzowanego planu ruszyliśmy na południe w kierunku wodospadów Foz de Iquazu. Takim sposobem wieczorem znaleźliśmy się w małym miasteczku Angra Dos Reis. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że można stąd popłynąć na najpiękniejszą wyspę w Brazylii, nazywaną „Rajem na Ziemi”.
04.01.2009
Rano udało nam się złapać katamaran na wyspę. Jest to jeden z droższych środków transportu, ale chcieliśmy koniecznie zobaczyć wyspę.
Zaczęło się niezbyt ciekawie - lało, a lodowate fale oblewały pasażerów. Rajska Wyspa wita nas w deszczu. Spaliśmy w namiocie na Campingu. To była najtańsza opcja. Wyspa była naprawdę mała, nie było dróg, zresztą po co miałyby być skoro znajdowały się tu tylko 2 samochody: straży i policji. I na tej wyspie, którą, gdyby nie góry, można by było obejść w parę godzin, spotkaliśmy aż trzy Polki:)
05.01.2009
Według pierwotnego planu mieliśmy zostać na wyspie tylko jedna noc, ale wczorajsza pogoda nie pozwoliła na pełne wykorzystanie walorów wyspy. Zostaliśmy więc jeden dzień dłużej. Oczami wyobraźni widziałem Rajską Wyspę skąpaną w promieniach słońca, jednak gdy otworzyłem oczy ujrzałem strugi deszczu. Ale czego ja spodziewałem, w Brazylii właśnie zaczęła się pora deszczowa. Wybraliśmy się zobaczyć jak wygląda najpiękniejsza tutejsza plaża, po 4 godzinnym marszu w błocie, dotarliśmy na miejsce nie różniące się niczym od plaży na Gdańskich Stogach.
06.01.2009
Rano łapiemy prom z powrotem na ląd. Płyniemy razem z Niemcem, który na rowerze ma zamiar dojechać aż do Patagoni. Na lądzie ciągle pada, pogoda zdecydowanie nie jest taka jak to sobie wyobrażałem... Zostawiwszy Rajską Wyspę za nami zdecydowaliśmy się pojechać do Parati, kolejnego małego miasteczka uważanego za najlepszy przykład kolonialnej zabudowy w Brazylii. Trochę rozejrzeliśmy się po mieście i jeszcze tego samego dnia planowaliśmy wyruszyć dalej. Niestety okazało się, że nie jest to takie proste. Właśnie zaczęły się wakacje i pierwszy autobus z wolnymi miejscami mieliśmy dopiero za dwa dni. Nie pozostało nam nic innego, jak zostać tutaj na noc.
07.01.2009
Opuściliśmy to miasto w wielkim pośpiechu i z dusza na ramieniu. Brazylia naprawdę jest niebezpieczna. Wczoraj ochroniarz przystawił mi pistolet do głowy. Jak dla mnie, przynajmniej na chwile obecną, podróżowanie stopem po Brazylii właśnie się skończyło. Na dworcu autobusowym okazało się, że jedyne miejsce do którego możemy pojechać to kolejne małe miasteczko oddalone o 120 km. W tym tempie daleko nie zajedziemy… Na szczęście w Ubatuba złapaliśmy autobus do Sau Paulo, a tam po 15 min. do Florianopolis.
08.01.2009
Florianopolis przywitało nas słońcem.Szybko, łatwo i bez problemów znaleźliśmy lokum, a przez resztę dnia wypoczywaliśmy ciesząc się doskonałą pogodą.
09.01.2009
Florianopolis to miasto położone na wyspie, jednak dużo większej niż Iha Grande, i uważane jest za raj dla surferów. Rano pierwsze kroki skierowaliśmy na plażę, która okazała się prawdziwym rajem. Dalszy dzień to słodkie leniuchowanie.
10.01.2009
Znów wybraliśmy się na plażę. Wieczorem właścicielka hostelu wraz z córką przygotowały dla nas tradycyjne brazylijskie jedzenie.
11.01.2009
Dzisiejszy dzień poświęciłem na uzupełnianie wpisów, oraz polowanie na tani bilet z Londynu do Gdańska.
Wieczorem usłyszawszy mocne dźwięki bębnów, poszliśmy zobaczyć co się dzieje. Na małym placu trwała właśnie prawdziwa fiesta i wszyscy tańczyli sambę.
12.01.2009
Ostatni dzień we Florianopolis. Pogoda była piękna, więc pojechaliśmy na plażę całą grupą z hostelu. Było bardzo miło.
13.01.2009
Autobus do Rio mieliśmy o 14:00 i czekało nas 18 godzin jazdy...
14.01.2009
Podróż minęła wyjątkowo sprawnie i nawet nie byłem zmęczony. W hotelu było wyjątkowo pusto i jego położenie było wprost wymarzone – 50 m od wspomnianych wcześniej ulic Lapy. Ostatnie zwiedzanie Rio zaczęliśmy od posągu Chrystusa. Wejście było drogie, ale trzeba było to zobaczyć będąc w Rio. Potem wdrapaliśmy się na głowę cukru. Tutaj w końcu dopadło mnie zmęczenie i powoli opadłem z sił. Wróciłem więc do hotelu i zasnąłem natychmiast w „opakowaniu”. Obudziwszy się o 1 w nocy ostatni raz poszedłem nocą na miasto.
15.01.2009
Dzień spędziłem na Copacabanie, przecież nie mogłem wrócić do Polski nie opalony ;)
Ostanie pożegnania, zakupy i po chwili byliśmy na lotnisku.
Tak skończyła się nasza południowoamerykańska przygoda.
KONTAKT
ESHTiP
ul. Zamkowa Góra 25
81-713 Sopot
REKRUTACJA
tel. 58 555 95 99
fax: 58 555 95 93
rekrutacja@euro.edu.pl
GG 6534517
Skype euro.edu.pl
CENTRUM INFORMACJI
UCZELNI
tel.kom.609-00-95-95
tel.58 555 95 92
info@euro.edu.pl
KURSY UNIJNE
Specjalista d/s szkoleń
i egzaminów
ŻANETA WOJDAKOWSKA
kom.602-74-90-03
58 555-90-92 w 31
